Od kilku lat przymierzałam się do zrobienia pachnących lawendą malutkich poduszeczek. Zapewne wiecie, że plany planami a życie i tak weryfikuje nasze zamiary. Podobnie było i tym razem. Kilka lat przemyśleń nad wzorem, wyborem techniki (brałam pod uwagę hardanger i frywolitkę), no i oczywiście potrzebowałam lawendy. Tego lata udało mi się troszkę nasuszyć aromatycznych kwiatuszków i proszę bardzo oto są dwie maleńkie podusie.
Początkowo nic nie zapowiadało, że to będą wonne saszetki. Wręcz przeciwnie wyglądało to raczej na podkładkę pod kubek lub na choinkową ozdobę.
Odrobina pracy i maleńkie bliżej nie określone "coś" przerodziło się w pachnącą lawendą podusię.
Pozdrawiam cieplutko i dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze.
Zapraszam ponownie.